Strona Główna : Newsy : Biografia : Dyskografia : Zespół : Zdjęcia
Downloads : MP3 : Video : Management : Koncerty : Linki
Necropolis
Necropolis


 «Thrash'em All 1/2003

Death metalowy obieżyświat

Dopiero po wydaniu w ubiegłym roku albumu "Revelations" dla VADER zaczął się okres intensywnej pracy. Cztery miesiące spędzone w trasie to nie rekonesans, jeśli się komuś tak wydaje, a tyle właśnie Petera, Docenta, Mausera i Simona nie było w domach. Wrócili cali i zdrowi, potwornie zmęczeni ale bardzo zadowoleni i pełni wrażeń. Nie mogliśmy więc przepuścić okazji wypytania Petera o ostatnie miesiące, które wraz z zespołem spędził na brutalizowaniu populacji czterech różnych kontynentów.

-Ostatni rok był dla VADER bardzo pracowity. Nowa płyta, masa koncertów, zastanawiam się jak taki już w sumie niemłody pan znosi tak intensywne życie...


Bez przesady, aż taki stary to jeszcze nie jestem. Pamiętam co prawda dość odległe czasy, ale jednak... (śmiech) Robię to już od dłuższego czasu, w zasadzie od początku istnienia zespołu i być może dlatego, że trwa to tyle lat, można się do tego przyzwyczaić. Takie jest moje życie, mój zawód, ciężko byłoby mi na to narzekać. Owszem, przy długich, dwumiesięcznych trasach może to być męczące dla ciała, to rzecz zupełnie naturalna. Podejrzewam że mnie dwa miesiące odpoczynku mogłoby zmęczyć a co dopiero dwa miesiące intensywnej pracy. Poza tym, co powtarzam po raz kolejny, przy okazji każdego podsumowania pracowitego roku, to jest moje życie. Nie oczekiwałem łatwego życia wybierając taki styl muzyki, mogę najwyżej cieszyć się, że jest co robić. Cieszę się bardzo że mamy dla kogo grać, że tych koncertów jest dużo. Większym problemem jest to, by nadążyć niż mieć gdzieś w ogóle zagrać. Jestem zadowolony z tego powodu, ze mogę się troszeczkę pomęczyć.

-Czy to, że VADER ostatnio gra tak dużo koncertów nie jest przypadkiem sposobem na zapewnienie sobie spokojnej, muzycznej emerytury? Ostatnio pojawiają się głosy, że ludzie mają przesyt koncertami VADER, trafiacie często dwa razy w roku do tych samych miejsc...

Gdyby ludzie mieli dość VADER, nie mielibyśmy tylu propozycji i tylu koncertów. Nie gramy na siłę, gdyby ludzie nie przychodzili na nasze występy, nikt by ich nie chciał robić. Nie odczuwam więc tego "przesytu"...Są natomiast ludzie, którzy tak twierdzą z jakiejś tam zawiści, bo my dużo gramy a oni by bardzo by chcieli dużo grać. To, że mówią o tym głośno to akurat jest dobre, ale że robią to dla celów im tylko znanych, tego akurat nie rozumiem. Są też ludzie którzy uważają, że za mało gramy. Dlatego też staram się poświęcić swój czas, czy to grając, rozmawiając czy korespondując właśnie takim ludziom. A jest ich na świecie bardzo dużo i mimo że sporo gramy i jak powiedziałeś, czasami jednego roku trafiamy do tych samych miejsc, masa ludzi na te koncerty czeka. Jeśli chodzi o emeryturę...głupi bym był, gdybym nie miał nadziei na jakieś godne życie. Tym bardziej, że jest to byt mój i mojej rodziny. Nie mogę powiedzieć, że zupełnie mnie to nie interesuje, ale uwierz mi, znalazłbym łatwiejsze sposoby na uzyskanie kasy, nie musiałbym robić tego akurat metalem. "Robię metal" bo robię to od dawna, bo to czuję i to właśnie potrafię robić najlepiej. Myślę, że dla VADER jest jeszcze miejsce na scenie na parę ładnych lat.

-Patrząc na bardzo bogate plany względem 2003 roku, poddaję w wątpliwość to, czy w końcu uda ci się zrealizować plany dotyczące PANZER X...

Niestety, tu masz rację. Miałem taką nadzieję, że może w tym roku na wakacje będę miał troszeczkę więcej czasu żeby o tym pomyśleć i zrealizować te plany. Najprawdopodobniej jednak plany pozostaną planami (śmiech), może w przyszłym roku? Choć znając plan na przyszły rok, nowa płyta, promocja...Hm, ja mam cały czas nadzieję, że jednak znajdę tą chwilę ale sam widzisz, że mamy co robić, jest gdzie grać. Nawet mimo tego że pojawiają się głosy, iż VADER za dużo gra i nagrywa, wciąż są ludzie którzy na to czekają. Nie wiem, czy powinienem się z tego powodu martwić...Chciałbym zrealizować coś, co wiąże się z moimi marzeniami z lat bardzo młodzieńczych, gdy słuchałem trochę innych zespołów, wciąż jednak dla mnie ekstremalnych. Jednak jak mówię, VADER to muzyka i moje życie, to ma absolutny priorytet.

-Po wydaniu "Revelations" pierwszy atak nastąpił w ramach trasy po największych polskich miastach. Trasy, która mimo niesprzyjającego okresu zakończyła się sukcesem. Nawet osoby często dosyć nieprzychylne VADER mówiły, że do zespołu powrócił stary duch, że jesteście dziś tak skonsolidowani, jak nigdy wcześniej. Że gracie z takim zaangażowaniem jak nigdy przedtem...

Zaangażowanie zawsze było, jednak problemem poprzednich lat były sprawy "międzypersonalne". Może za dużo czasu spędziliśmy wspólnie, może inaczej myśleliśmy. Problemy z Szambem, problemy Docenta, zbyt dużo było przykrości wewnątrz zespołu a to na pewno nie sprzyja atmosferze i daje się zauważyć także na scenie. Przyjście Simona, wspólna rozmowa i zrozumienie w zespole, to dziś jest bardzo wyraźne. Druga sprawa jest natury bardziej technicznej, choć cały czas jest to dalekie od naszych marzeń i tego, co chcielibyśmy osiągać i w jaki sposób zagrać trasę. Postaraliśmy się o lepszy sprzęt, o coś więcej niż tylko piecyk z tyłu na scenie. Dlatego też można się po nas spodziewać coraz lepszej jakości dźwięku i wizji a to również ma wpływ na to, jak zespół jest odbierany. Co do tej trasy, ja jestem zawsze głodny koncertów w Polsce, ponieważ jest ich naprawdę niewiele. 10, 12 koncertów w Polsce na 120 zagranych w ciągu roku to kropla w morzu. Polska zasługuje na większą ilość lepszych koncertów i będziemy starać się wszelkimi sposobami doprowadzić do tego, by było ich więcej i by były lepsze pod każdym względem.

-W sierpniu zagraliście na Summer Breeze Festival. Jak oceniasz tą imprezę i jaki masz generalnie stosunek do tego rodzaju dużych, letnich festiwali?

To była bardzo szybka impreza. Festiwal przygotowany był dość dobrze, jednak nieco "na szybkiego". Przyjechaliśmy na Summer Breeze i praktycznie od razu weszliśmy na scenę, zagraliśmy koncert i uciekliśmy z powrotem do domu. Tym bardziej, że szykowała się już kolejna trasa. Pamiętam, że mieliśmy bardzo dobre przyjęcie. Nie graliśmy na głównej scenie, choć wiele ludzi pytało o to, dlaczego nie. Trudno mi na to pytanie odpowiedzieć, nie ja organizuje festiwal, ale cieszę się, że mimo tego doskonale nas przyjęli zgromadzeni tam ludzie. Były dwie sceny, jeden zespół kończył a drugi zaczynał. Po nas grał chyba NIGHTWISH i wiem, że na długo po tym, jak zeszliśmy ze sceny jak i również przed naszym wejściem na nią, ludzie skandowali naszą nazwę, na pewno było to bardzo miłe. Zresztą, to był jeden z nielicznych festiwali w zeszłym roku, dlatego dobrze go zapamiętaliśmy, aczkolwiek chyba jednak za szybko dla nas minął. Wydaje mi się, że zespół powinien poświęcić trochę czasu tym, którzy mieliby ochotę na to, by porozmawiać, podpisać płytę czy bilet. Letnie festiwale to część koncertów w ramach tras, wolę jednak koncerty w pomieszczeniach zamkniętych, gdzie panuje trochę inna atmosfera. Duże imprezy to za duży dystans od ludzi a ja jestem idealistą także wówczas, kiedy gram koncert. Lubię obserwować, czuć bliskość metalowej braci a gdy grasz w dzień na dużej scenie, widzisz po prostu masę ludzi i w ten sposób to odbierasz- jako masówkę. Zdaję sobie sprawę że jest to potrzebne i nie powiem, że nie lubię festiwali. To przede wszystkim dobra promocja dla zespołu, informacja dla ludzi, którzy często po raz pierwszy widzą nas właśnie na festiwalach. Jednakże nigdy nie można zaprezentować się tam w stu procentach tak, jakby się tego chciało. Nie pozwala na to czas, ilość zespołów, tempo imprezy...Wybierając, wolę regularne trasy, na których gra się w pomieszczeniach zamkniętych.

-Na pewno nie tak szybko upłynęła rozpoczynająca się kilka dni później trasa po Europie. Blisko 40 koncertów, imponująca liczba w takim, jednym "rzucie"...

Była to trasa lepiej zorganizowana niż poprzednia, dało się to wyczuć. Może też dlatego, że pierwsza jej część grana była zaraz po wakacjach, kiedy ludzie są głodni czegoś świeżego, nowej muzyki. Niestety, wszyscy to w taki sposób odbierają a tych tras jest w jednym czasie całe mnóstwo. To zaś na pewno nie sprzyja frekwencji na koncertach. To był dla nas sukces, bo mimo że w tym samym czasie wiele dobrych zespołów grało trasy, my mieliśmy naprawdę dobre przyjęcie i dużo ludzi na koncertach. To sukces ale i także kolejna odpowiedź na twoje pytanie, czy ludzie czują przesyt koncertów VADER. Graliśmy w świetnym składzie, m.in. z KRISIUN których spokojnie możemy już nazywać naszymi braćmi ze sceny. Po raz pierwszy też z ziomalami, czyli z DECAPITATED. Mogliśmy więc rozmowy w podróży prowadzić w języku rodzinnym (śmiech). Było też sporo miejsc, w których graliśmy po raz pierwszy. Grecja, podróż do tego kraju promami była na pewno niezłym dla nas przeżyciem. Do tego stopnia niezłym, że Docent spadł z łóżka i tak dotkliwie się potłukł, że w pewnym momencie przestraszyłem się, że trasa jest skończona. Poprzetrącane żebra, nie wyglądało to najlepiej. Prom niby powinien być stabilny a prycze w kabinkach nie są praktycznie w ogóle chronione, dlatego nie trzeba nawet lunatykować by spaść. A Docent wybrał sobie górną półkę i z niej niefortunnie "sfrunął". Całe szczęście, historia skończyła się odwołaniem tylko jednego koncertu i wizytą lekarza. Z podniesionym czołem skończyliśmy trasę, choć przykro mi, że w Ljubljanie na Słowenii nie mogliśmy zagrać. Sytuacja jednak była ekstremalna, Docent do końca trasy grał obandażowany niczym mumia, są na ten temat niezłe zdjęcia...

-Nie posądzono was o zżynanie z image NILE?

Nie (śmiech). On to cały czas przykrywał koszulka. Wielu nawet nie zauważyło, że coś się stało. Widać było jedynie ból w jego oczach, co na pewno nie było przyjemne, przede wszystkim dla niego. Mimo to zakończył trasę i jestem mu za to wdzięczny...

-KRISIUN to ponoć bardzo przyjemni tour partnerzy?

KRISIUN, CANNIBAL CORPSE czy IMMOLATION, te zespoły powinny być wzorem nie tylko dla innych grup, ale także dla ludzi, generalnie. Ich stosunek do muzyki, koleżeństwa, podejście do życia jest wzorowy, spędzanie w ich towarzystwie dni na trasie to wielka przyjemność. Życzę każdemu zespołowi który jedzie na trasę by trafił na takich właśnie ludzi.

-A może sentyment do braci Kolesne to sentyment do plecaków "ziół", które zabierają na trasę?

Nie, nie, ja do tego plecaka nie sięgam od dłuższego czasu. Nie wpływało to pozytywnie na mój głos, dlatego zdecydowałem się odstąpić od "ziołolecznictwa", trochę inaczej jest z moimi kolegami (śmiech). Wszystko jest jednak kontrolowane i robione z wyczuciem. Zarówno jeśli chodzi o zioła jak i alkohol, równie często pojawiający się podczas trasy...

-W ramach tej trasy zawitaliście do Krakowa, gdzie nagraliście koncert na potrzeby kolejnego DVD. Czy jesteś przekonany o słuszności tego pomysłu? To kolejny koncert, nagrany na dodatek w tym samym miejscu i w stosunkowo nieodległym okresie czasu od wydania "Vision & Voice".

Znajdą się tacy, którzy na pewno będą z tego niezadowoleni, którym będzie to nie w smak. Po części ze względu na to, że są to materiały drogie. Sam bym się denerwował, że zespół którego słucham wydał jakiś materiał a ja miałbym problemy finansowe. Ludzie są różni, mają różne podejście...Nie ja akurat decydowałem o nagraniu tego DVD w tym czasie. Wydawałoby się, że zespół powinien mieć jakiś wpływ na to, co się produkuje i co się wydaje. Tak jednak do końca nie jest, są kontrakty, pewne zobowiązania i trzeba ich przestrzegać. Co do poprzedniego DVD, wydano je niby niedawno, ale jest ono materiałem starym. Nowe jest tylko to, że pojawiło się ono w formacie DVD, jako pierwszy materiał VADER i jako chyba pierwszy materiał wydany w tym formacie przez MMP. Szczerze mówiąc, jestem daleki od zadowolenia jeśli chodzi o DVD "Vision & Voice" choć jest dużo lepsze od materiału z VHS. Skorzystaliśmy więc z okazji zrobienia lepszego dźwięku i obrazu i choćby dlatego sądzę, że było warto. Poza tym, materiał był tym razem dużo lepiej zagrany a i odbiór publiki był zdecydowanie lepszy. To kolejne czynniki, dla których warto to wydać.

-26 październik i lądowanie na lotnisku w Japonii. Tym samym kolejny raz odwiedziliście Kraj Kwitnącej Wiśni zaś koncert w Tokyo określiłeś mianem jednej z większych rzezi w historii zespołu...

Japonia z gruntu i z założenia jest świetna i jeżeli jest jakiekolwiek miejsce na świecie, gdzie nie obawiałbym się jechać z koncertami, to byłby to Kraj Kwitnącej Wiśni. Tym razem zagraliśmy pięć koncertów, więcej niż ostatnio, więc sądzę, że nasza popularność na Wyspach Japońskich się rozwija. Nie chcę się powtarzać, ale Japonię można nazwać idealnym miejscem do grania koncertów metalowych. Podejrzewam, że tak powiedziałby każdy zespół który miał tą przyjemność. Przyjęcie, stosunek tych ludzi i ich gościnność, polecam każdemu, kto ma tylko okazję odwiedzenia tego kraju.

-To dziwne, ponieważ kultura japońska jest dosyć zimna, wręcz surowa. Jak sądzisz, skąd bierze się owa słynna choć skrywana otwartość?

Zawsze zarzucano Japończykom to, że potrafią przywdziać maskę i nie okazywać emocji. To jest tak różne, jeśli chodzi o porównanie z polską mentalnością. To, co zbliża Polaków do Japończyków to moim zdaniem koncert metalowy. Ci ludzie wyrzucają z siebie dużo emocji i może dlatego zespoły metalowe są tak popularne, tak entuzjastycznie przyjmowane. Ci ludzie żyją wówczas niemal innym światem. Rozmawiałem z Japończykami i wielu z nich narzeka, że w Japonii coraz mocniejszy staje się kult życia w stylu amerykańskim. Luz, zupełnie inny sposób życia, brak narzuconych tradycji. Bardzo dużo ludzi zapytanych o to, gdzie chcieliby się urodzić ponownie, wybiera właśnie Amerykę. Mając porównanie życia w Stanach i Japonii, byłbym daleki od idealizowania akurat Amerykanów, ich stylu życia. Podobnie jest w Europie, młode generacje są bardzo mocno pod wpływem Ameryki, czy to przez filmy, gwiazdy, w tym także muzyki rockowej. Ktoś, kto nie spędził choćby kilku miesięcy obserwując życie samych Stanów Zjednoczonych z różnych punktów widzenia, nie tylko Hollywood czy plaży w Miami, nie może powiedzieć nic o tym kraju. O odpowiedź na to pytanie musiałbyś poprosić jednak Japończyków, ja w zasadzie nie wiem dlaczego tak jest.

-Podczas pobytu na Wyspach odwiedziliście Hiroszimę i wiem, że miejsce to wywarło na was ogromne wrażenia...

Trudno nie być pod wrażeniem. Sam wpływ tematyki zagłady atomowej zawsze wywołuje dreszczyk, jeśli stoi się bezpośrednio w miejscu, w którym niespełna wiek temu słońce wybuchło nad głową, na pewno robi to wrażenie. Jesteśmy metalowcami, ale nie mamy duszy zrobionej z metalu, takie rzeczy odbieramy emocjonalnie i dało się to na pewno odczuć. Takie rzeczy powinny robić na ludziach wrażenie i prowokować przemyślenia nad tym, co tutaj robimy jako rasa. Dotąd, dopóty tak będzie, dopóty jest szansa że coś się poprawi.

-Po powrocie z Japonii nastąpiły przygotowania do kolejnej trasy po Ameryce, w międzyczasie wykrystalizowała się też sprawa pierwszych koncertów VADER w Ameryce Południowej. Czy poprzednie doświadczenia sprawiły, że przygotowania do kolejnej podróży za ocean potraktowaliście szczególnie?

Tak też było. Trasa pod względem ilości koncertów była dosyć długa, bo było to 26 koncertów. Pod wieloma względami była lepsza niż poprzednie. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że obok tej pierwszej trasy, zagranej w 1993 roku u boku DEICIDE i SUFFOCATION, była to najlepsza pod każdym względem, czy to przygotowania koncertów czy też reakcji ludzi a nawet i frekwencji trasa VADER. Zasługą jest to, że była to pierwsza trasa zorganizowana we współpracy z nową agencją koncertową FirstRow Talent (do tej pory współpracowaliśmy z Digger Int.), dopiero teraz widzimy na czym polega różnica w podejściu agenta do zespołu i profesjonalizmie, widać to pod każdym względem.

-Graliście tym razem z IMMOLATION, THE BERZERKER i ORIGIN...Z tymi pierwszymi już prawie macie braterski pakt...

Jeszcze raz powtórzę, wspólna trasa z tym zespołem to przyjemność. Korzystaliśmy z pełnego backline'u IMMOLATION, więc zapewniono nam to, co było poważnym problemem na poprzedniej trasie, czyli jakość dźwięku. Co ciekawe, zespół nie chciał nawet słyszeć o żadnej zapłacie, co jest czymś wręcz nienaturalnym jeżeli chodzi o scenę amerykańską. Coś, co powinno być jakimś wyznacznikiem dla wielu tych grup, które bardzo często życzą sobie ogromnie duże pieniądze. Zdaję sobie sprawę z tego, że ktoś wydaje pieniądze by mieć swój dźwięk ale tutaj bardziej chodzi o gest, który coraz rzadziej się pojawia na scenie muzycznej. Jest to godne zaznaczenia, my natomiast dziękujemy IMMOLATION ponieważ dzięki temu nie byliśmy zmuszeni do transportu całego naszego sprzętu za ocean, co poważnie podniosłoby poważnie koszty całej imprezy. Poza tym, w końcu mogliśmy zabrzmieć tak, jak jeszcze chyba w USA nie brzmieliśmy (śmiech). Trzeba zaznaczyć, że organizatorem trasy był IMMOLATION, ale piękne było to, że mogliśmy zagrać ją wspólnie, jako dwóch co-headlinerów, pierwszy raz po ostatniej, wspólnej trasie po Europie. Granie z nimi i przebywanie w ich towarzystwie to niewyobrażalna przyjemność.

-IMMOLATION to z pozoru bardzo sympatyczni ludzie, czy jednak dłuższa kompania z nimi nie staje się w jakiś sposób uciążliwa? Wiesz, walające się wszędzie skarpetki Dolana, notoryczne bąki puszczane przez Vignę...

To są bardzo sympatyczni ludzie! Jeżeli jednak ktoś miałby tutaj narzekać, to raczej IMMOLATION na zbyt długie towarzystwo VADER, bo tu prędzej znajdziesz brudną skarpetkę (śmiech). Oczywiście żartuję, chyba było OK. Nie podróżowaliśmy jak w Europie jednym autokarem, choć każdy wieczór, na scenie i poza nią spędzaliśmy razem. Znamy ich z dwumiesięcznych podróży po Europie i jeśli jakiś zespół wrażliwy jest na niewygody trasy koncertowej, to IMMOLATION stałby daleko, na końcu tej listy. To bardzo spokojni, w całości oddani metalowi ludzie. Metalowiec często kojarzy się z osobą nie potrafiącą siebie kontrolować, pijącą za dużo i rzucającą "mięsem", osobnikiem zachowującym się dosyć ordynarnie. Takich też spotykamy i też są to ludzie sympatyczni, mający inny stosunek do świata. IMMOLATION na scenie są niesamowicie agresywni, poza nią niezwykle spokojni, absolutnie wyluzowani.

-A co sądzisz o pozostałych, dwóch zespołach?

ORIGIN, zagraliśmy z nimi już chyba czwartą trasę, ale w tym zespole cały czas zmienia się skład, więc nie było okazji by zagrać dwóch tras z tym samym ORIGIN. Bardzo dobry zespół, bardzo ambitni ludzie, ale ORIGIN podchodzą do tras za bardzo konkurencyjnie. Ambicja to dobra sprawa ale przerost ambicji prowadzi raczej w ślepy zaułek. To czasami jakoś dało się wyczuć. THE BERZERKER, Australijczycy, pierwszy raz spotkałem tych ludzi i już po dwóch tygodniach nastąpiło zacieśnienie więzów przy symbolicznej flaszeczce, czymś co chyba bardzo ich łączy z Polakami. Zespół bardzo ekstremalny, o bardzo specyficznym spojrzeniu na muzykę metalową. Coś innego, nawet NAPALM DEATH, do niedawna wspólny mianownik kilku różnych stylów jest chyba jeszcze mniej w tym względzie radykalny. Rozmawialiśmy oczywiście o wyprawie na kontynent, na którym jeszcze nie graliśmy i może kiedyś uda się zagrać tam razem.

-Podróż po USA to podróż przez galerie wszelkich osobliwości. Trafiliście między innymi na miasteczko, w którym chyba miałbyś duże szanse na zrobienie politycznej kariery...Nie chciałeś tam zostać?

Ha ha. Chyba jednak nie...Lubię klimat Stanów Zjednoczonych ale na pewno nie chciałbym tam mieszkać. Jestem Europejczykiem, tutaj się urodziłem, mój duch jest przesiąknięty tym kontynentem i nie czułbym się tam dobrze, zarówno jeśli chodzi o klimat, jak i nastawienie społeczeństwa amerykańskiego. Miasteczko Vader nie było wielkie, więc szanse pewnie by i jakieś były (śmiech). Ludzie jednak dziwnie patrzyli na nasze koszulki, co było dla nas miłym i zabawnym zarazem wrażeniem. Polecam odwiedzenie tego miejsca wszystkim tym, którzy będą mieli okazję przejeżdżać drogami północno- zachodnich Stanów Zjednoczonych.

-Udało ci się podczas tej wizyty powiększyć kolekcję swych "wojennych trofeów"? By nie zapytać, jakim cudem wdarliście się na obiekty Pentagonu, nawiązując do kilku zdjęć z trasy, które widziałem...

Nie były to obiekty Pentagonu a muzeum w Alabamie, dokładnie przy pancerniku Alabama. Amerykanom zbiera się na preferowanie i pokazywanie siły i broni amerykańskiej, dlatego takie muzea są, czy to w Alabamie czy w Baltimore na przykład. Same trofea są bardziej fotograficzne, zawsze kiedy widzę czołg, coś tam we mnie się przelewa i muszę zrobić choćby jedno zdjęcie, nawet jeśli jest to amerykański Schermann. Tym razem robiliśmy dużo zdjęć, zarówno ja jak i głównie Docent. Chociaż ja fotografuje głównie machiny wojenne i koncerty a Doc specjalizuje się w robieniu krajobrazów, pocztówek- jak on to nazywa. Nieźle mu to wychodzi i być może kiedyś uda się zrobić wystawę tych "pocztówek" z trasy? Byłoby to na pewno bardzo interesujące, może nawet go do tego namówię?

-Po zakończeniu północnoamerykańskiej części tournee nastąpił wylot do Ameryki Południowej. Zagraliście tam po raz pierwszy, więc pewnie chętnie o tym opowiesz...Tym bardziej, że ze względu na trudną sytuacje polityczno- gospodarczą kilku tamtejszych państw oraz zagrożenie terroryzmem, była to wizyta "podwyższonego ryzyka"...Były też chyba jakieś problemy formalne...

Były obawy o wizy do Brazylii i Kolumbii, bo te kraje odwiedziliśmy. Jednak tak naprawdę to problemy pojawiły się z zupełnie innej strony, mam na myśli stronę kanadyjską. Wynikały jednak bardziej z błędnej ich organizacji, niestety Polacy nie mogą tak jak Amerykanie pojechać sobie obejrzeć Niagarę bez żadnych problemów na granicy. Tak więc przepadły nam z powodów organizacyjnych koncerty w Toronto i Montrealu. Mam nadzieję że szybko to nadrobimy. Okazało się, że do Ameryki Południowej możemy jechać jako turyści, w przeciwieństwie do Amerykanów, co jest w sumie bardzo miłe (śmiech). Jedyna nowość to przejście na lotnisku przez sześć kontroli prawie osobistych. Jedyne co przewieźliśmy przez granicę to muzykę, bardzo dobrze zresztą przyjętą. Siedem koncertów, średnio ponad 500 osób na każdym z nich i z tego co się orientuję, w przyszłym roku tam wrócimy. Niesamowity region, szczególnie jeśli chodzi o muzykę metalową. Pierwszy raz w życiu widziałem coś w stylu trzy czy nawet czteropiętrowego domu towarowego, w którym były tylko "artykuły" metalowe. Płyty, koszulki, tak jak u nas na bazarach stoją ludzie z płytami Krawczyka, Bregovica czy disco polo, tak tam, w Sao Paulo na każdym kroku można dostać VENOM, POSSESSED czy jakieś winylowe rarytasy, IRON ANGEL czy EXUMER. Ameryka Południowa dosłownie żyje metalem a na koncertach mocno daje się to odczuć. Wręcz trzeba uważać, bo zdarzają się ludzie, którzy potrafią stracić panowanie i zachowywać się czasami agresywnie, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Co się tyczy tego ryzyka, próbowano nam wytłumaczyć, że zagrożenie wynika głównie z niestabilnej sytuacji politycznej. Koncerty w Wenezueli i Chile które planowaliśmy i które zostały odwołane nie są sprawą straconą, jedynie przeniesioną na spokojniejsze czasy. W sumie to nie odczuwaliśmy sami jakiegoś zagrożenia podczas wizyty w Brazylii czy Kolumbii, to raczej organizatorzy mieli takie wrażenie, dało się to wyczuć w szczególności w Kolumbii. Przed wyjazdem tam ostrzegano nas, że mogą być problemy, żebyśmy się nie czuli przerażeni. Co ciekawe, z tych koncertów najlepiej zorganizowanym był chyba właśnie ten, w Bogocie. Ochrona mogła być krępująca, dlatego że nawet wyjście do toalety było eskortowane przez czterech ochroniarzy, którzy nie dopuszczali ludzi do tego, by mogli podpisać zdjęcie czy bilet. Każde podejście fana uznawane było jako "atak na gwiazdę", dlatego trzeba było tłumaczyć tym ochroniarzom, że wszystko jest w porządku, że czujemy się bezpiecznie, że ludzie tego oczekują a my nie mamy zamiaru ich zawieść. Były uściski rąk a nawet skoki w publiczność, mimo że było to bardzo niemile widziane ze strony ochrony. Dało się wyczuć, że ludzie naprawdę tam na nas czekali, spotkałem fanów którzy mieli jeszcze ode mnie kasety wysyłane w latach 1988, jeszcze przed pierwszym demo, mieli "Necrolust", oryginalne wydania "Morbid Reich", które wysyłałem dziś już prawie nieistniejącymi, klasycznymi listami. Miło było spotkać ludzi, którzy cały czas czekali na VADER i po tylu latach mogli się podzielić wrażeniami.

-Tuż po przylocie do Brazylii zostaliście zaproszeni do domu państwa Kolesne i podejrzewam że nie po to, by skosztować szarlotki...

Szarlotki faktycznie nie próbowaliśmy, ale za to dane nam było zasmakować czegoś, co się nazywa cahaca (wybaczcie, ale chyba tylko Peter wie, jak się to pisze- przyp. red). W smaku przypomina to śliwowicę, z tym że bardzo mocną i smaczną. To ponoć narodowy trunek Brazylijczyków, podobnie jak tequilla w Meksyku. Bracia Kolesne jeszcze w Polsce obiecali nam poczęstunek czymś bardzo specjalnym i obietnicę tą spełnili. A nam to (z nutką sentymentalną w głosie- przyp. red) bardzo smakowało...Co jeszcze warto wspomnieć, jeden z ich kolegów jest artystą tatuaży, więc Docent, Maurycy jak i nasz dźwiękowiec Jogi skorzystali z darmowych obrazków. Carlos, bo tak brzmi jego imię, spędził kilka godzin w Sao Paulo, tworząc swoje dzieła na rękach, a w przypadku Mausera na szyi. Będzie to można zobaczyć na zdjęciach.

-Słyszałem plotkę, że podczas wizyty w Brazylii ktoś zamierzał nagrać jeden z koncertów z przeznaczeniem na mini album live. Czy dojdzie to do skutku?

Przyznam, że nic o tym nie wiem. Na pewno coś tam ktoś zrealizuje, ponieważ widziałem jakieś kamery czy urządzenia rejestrujące. Skoro więc bootlegi w 90-ciu procentach pochodzą z Ameryki Południowej, pewnie i VADER gdzieś wśród nich się pojawi.

-Za wami rok sukcesów i podbojów, rok z pewnością dla grupy bardzo udany. Kolejny raz nie zostało to dostrzeżone w naszym kraju a ignorancja rodzimych donów muzycznego biznesu jest po prostu żałosna. Kolejny raz nawet nie dostąpiliście "zaszczytu" nominacji do Fryderyków...

Niespecjalnie mi zależy na tych zaszczytach. VADER porusza się w zupełnie innym świecie, tworzy dla zupełnie innych ludzi, dla ludzi którzy oczekują już czegoś innego nawet od samej muzyki. Może gdzieś tam wewnątrz jest jeszcze jakiś żal, ale bardziej żal mi jest tego, że ktoś nie zauważa w nas potencji muzycznej. Metal jest muzyką jeszcze silniejszą jeżeli chodzi o przekaz, niż wiele innych stylów muzycznych, potrzebnych do spędzenia czasu w knajpie. Swoje życie poświęciłem dla tych, którzy przychodzą na koncerty, słuchają naszej muzyki, to jest absolutnie satysfakcjonujące i nie oczekuję czegoś specjalnego. I choć człowiek jest próżny, jestem w VADER i tworzę muzykę nie dla bycia popularnym.

-Pod koniec roku ukaże się nowe wydawnictwo VADER, mam na myśli nowy mini album. Znajdą się na nim utwory, które także ku mojemu ubolewaniu "nie weszły" do regularnego programu "Revelations" a także nowe kawałki.

Mini album ukaże się najprawdopodobniej we wrześniu albo w październiku i chyba po raz pierwszy zapytano nas o to ze strony wydawców, czyli Metal Blade. Do tej pory mini albumy były pomysłem zespołu, próbą zrealizowania siebie wówczas, gdy nie byliśmy jeszcze gotowi do nagrania dużej płyty. Nie jest więc powodem jego wydania to, by być na rynku, by ktoś czasem nie zapomniał o VADER. Będą więc niepublikowane na płycie utwory, będzie nowy materiał, ale pełny album planujemy dopiero na 2004 rok. Siła i kreatywność dopiero za rok, ale mini album będzie na pewno czymś świeżym, zrealizujemy na nim kilka pomysłów, które pojawiły się między trasami. Znowu będzie pewnie ktoś niezadowolony, będzie pytać po co i komu to potrzebne. Jeszcze raz powtarzam, czynimy muzykę dla tych, którzy jej oczekują a niezadowoleni niech robią coś innego.

Dar(e)k Kempny

[powrót]
 
Strona Główna : Newsy : Biografia : Dyskografia : Zespół : Zdjęcia : Downloads : MP3 : Video : Management : Koncerty : Linki